Co to znaczy gej?

Piątek. Popołudnie. Jeszcze nie piątunio ale już jest dobrze. Wybieram się z Dziedzicem na przejażdżkę rowerową. Trasa zaplanowana. Ruszamy.

Jedziemy. Rozmawiamy. O wszystkim i niczym jednocześnie. I nagle struny głosowe mego syna wydobywają pytanie: „Mamo a co to jest gej?”

Odruchowo pedałuję szybciej. Myśli się kotłują. Nie żebym z nim nie rozmawiała na trudne tematy. Nie ma pytań bez odpowiedzi tylko nie każda odpowiedź jest adekwatna dla siedmiolatka.

Zadaję pytania pomocnicze:

- A skąd znasz takie słowo? Gdzie to usłyszałeś?

Bez ciśnienia i złości. Zyskując czas na przemyślenia.

- Mamo ty mnie nie zagaduj tylko powiedz co to znaczy gej?

Moja odpowiedź:

Widzisz synu (kretyński wstęp – ale tak wyszło) mama kocha tatę a tata kocha mamę. Tak?

- Tak

Czyli innymi słowy zazwyczaj (Świadomie nie użyłam słowa NORMA) pani kocha pana a pan panią. Czasem bywa jednak inaczej. Pan kocha pana lub pani kocha panią. Wtedy taki pan nazywany jest gejem a pani lesbijką.  Jednym słowem nazywa się to wtedy homoseksualizmem.  Rozumiesz?

- Aha. Rozumiem.

Tak po prostu. Zazdroszczę prostoty przyjmowania faktów przez dziecko. Bez analizy. Bez oceniania.

- A skąd znasz takie słowo?

- Było w jednej kreskówce.

Oooooooo.

Dziedzic zrobił tego dnia cztery kilometry. Ja piętnaście.

 

 

 

Spóźniony wpis urodzinowy

No właśnie. Jutro minie miesiąc odkąd Spadkobierczyni skończyła dwa lata. Za trzynaście dni minie miesiąc odkąd Dziedzic skończył siedem lat. Ja piszę dziś. Matka Polka. Śmigło mi odpadło a doba skurczyła się niemal do zera. Ale jak to mówią – lepiej późno niż w ogóle.

Spadkobierczyni. Blondynka. Niebieskooka. Body language to ciągle główny sposób porozumiewania. Mówi pojedyncze słowa. Naśladuje kota, psa i krowę. I tyle. Dziedzic w tym wieku potrafił trafnie użyć przekleństwa, które zasłyszał od dziadka. Czekam cierpliwie aż zacznie mówić. Jej się nie śpieszy. Bo i po co? Skoro otoczenie dokładnie wie czego ona chce w danej chwili. Chodź, idź. Plus palec wskazujący, który od pokazywania wygina się już w drugą – nienaturalną stronę. Nie znosi nocnika. Ku mojej rozpaczy. Uwielbia jeść. Najbardziej nabiał. Mleko i sery w każdej ilości. Jest uparta acz dystyngowana. Nie wpada w furię tylko sukcesywnie wymusza. Wszystko. A! Uwielbia czekoladę. Najbardziej z całego stada lubi mamę (hura). Tylko mama może ubrać, uczesać , dać jeść, wyjąć z wanny itd, itd. „MAMI” krzyczy machając gniewnie ręką na ojca. I idę. Przygarbiona. Dźwigam kilkanaście kilo szczęścia. Realnie fajna z niej dziewczyna.

Dla porównania – choć dzieci się nie porównuje. Dziedzic w jej wieku mówił, używał nocnika, nie znosił czekolady. Bunt dwulatka w Jego wykonaniu był druzgocący. Wściekał się i gryzł. Potem płynnie przeszedł w bunt czterolatka, sześciolatka. Chwilowo przypomina człowieka. Miał fatalną koordynację – w porównaniu do Spadkobierczyni.

 

Dziedzic. Blondyn. Niebieskooki. Z dziurką w brodzie i jednym policzku. Uroczy. Mądry. Z szerokim zasobem słów. Bardzo! Jako dziecko jadł wszystko. Teraz je wybiórczo. Nie zje nic co jest zielone. Uwielbia czekoladę, której pięć lat temu nie znosił. Boi się ciemności. Jest wrażliwy. Płaczliwy aż do umęczenia. Zawzięty. Nieustępliwy. Nie potrafi przegrywać, choć już lepiej sobie radzi z porażką niż jeszcze dwa lata temu. Ale to chyba ma po tatusiu i chyba tak mu już zostanie. Lubi liczby, dodawanie i odejmowanie. Nie znosi pisać i czytać choć wbrew temu co sądzi naprawdę świetnie sobie radzi. Jest roztrzepany. Gubi swoje rzeczy – notorycznie. Co dzień czegoś nie przynosi ze szkoły. Trenuje piłkę nożną. Uczy się angielskiego. Zaczyna pływać. Uwielbia oglądać bajki i filmy (adekwatne do wieku). Lubi jeść niezdrowe rzeczy a ja ma na to od czasu do czasu pozwalam. Jest realnie fajnym chłopakiem.

Ich czupryny pachną inaczej. Inne rzeczy je radują. Ich oczy są inaczej niebieskie. Oddzielne Byty w Galaktyce. Moje Byty. Realne. Nieprawdopodobne, że to już siedem lat (i prawie jeden miesiąc) trwa moja przygoda zwana Macierzyństwem. Od ponad siedmiu lat niedosypiam , niedojadam, nie mam czasu na własne miejsce w moim własnym grafiku. Cały terminarz zajmuje praca i dzieci. No i obowiązki z tym związane. Od siedmiu lat biegnę ale jestem w tym biegu prze-szczęśliwa.

 

Życzę Wam moje dzieci : zdrowia i szczęścia. Obyście wyrosły na zadowolonych, dobrych i mądrych ludzi.

Mama.

Życzenia

Zdrowych. Pogodnych. Spokojnych.

W rodzinnym gronie.

Spełnienia życzeń i marzeń w nowym roku.

Oby nam się!

I jak mawiał mój dziadek – oby nas przybywało a nie ubywało :)

Życzy sina :)

Idą święta…

Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta.

Super!

Zamiast przygotowywać się duchowo, zamiast cieszyć się każdym nowym dniem – ja z językiem w tylnej części ciała próbuję nadążyć za przemijającym czasem. Ja wielokrotnie pisałam, że czas płynie szybko ale to co dzieje się teraz to istne szaleństwo. Ja nawet nie gonię własnego ogona. Ja go dawno połknęłam i jakimś cudem się nie zachłysnęłam. A szkoda. Odpoczęłabym choć minutkę.

Ostatnio – biorąc pod uwagę hiper prędkość czasu w moim życiu,  to pewnie ze dwa tygodnie temu – miałam okazję obejrzeć fragment tzw. śniadaniowej telewizji. Tylko fragment – bo ja nie mam w grafiku oglądania czegokolwiek. No w każdym razie bohaterkami rozmowy były matki Polki. Prawie to o mnie było z tym, że owe matki Polki były niepracujące.  Świadomie podjęły decyzję o wychowywaniu dzieci i prowadzeniu domu. No super. Każdy robi to co lubi. Nie każdego na to stać. Wracając do tematu – owe matki Polki były przedstawione jako prawdziwe bohaterki. Jaką to one wykonują ciężką pracę. Prasowanie, pranie, gotowanie – cała masa rzeczy. No i lekcje ze starszymi dziećmi.  Oj jakie one zapracowane.

Słuchałam tej rozmowy i czułam jak mi krew na skroniach zaczyna bić mocniej. O co chodzi? Zaraz, zaraz. A co ze mną? Co z matkami Polkami, które robią dokładnie to samo i jeszcze pracują w międzyczasie? I co więcej – NIE ZWARIUJĄ? Jedno jest pewne – porządek w moim domu a w ich domach (owych matek Polek) na pewno jest nieporównywalny. Ba! Prawdopodobnie w moim mieszkaniu jest tak wielki nieład, że owe matki Polki z telewizji doznały by omdlenia przechodząc przez mój próg.  Wszystko to prawda. Tylko po co emitować takie rozmowy. Zlitujcie się ludzie – autorzy programu. Zlitujcie się nad zapracowaną matką Polką.  To upadla moje morale. To wywołuje moją wściekłość. A to szkodzi mojej urodzie i co więcej jest czasochłonne więc proszę nie emitujcie takich bzdetów. Z całym szacunkiem – oczywiście – do bohaterek tej rozmowy.

 

No w każdym razie idą święta. Nie będę miała czasu na jakąś duchową, wewnętrzną pogadankę. Jakieś przygotowanie. Owszem wieczorne dziękczynienie w kierunku Niebios, że oto jestem matką – to tak. Zaraz potem jest natychmiastowe odcięcie zasilania i padam na poduszkę przyklejając się do niej mocno własną śliną. Na wypadek gdyby ktoś wpadł na idiotyczny pomysł, żeby mnie od tej poduszki odkleić. A! Ślina oczywiście nie jest zaplanowana jest wynikiem bezwładności mięśni twarzy.

 

W tej codziennej gonitwie coraz częściej słyszę wewnątrz mnie, jakiś ostatni jęk organizmu. Zwolnij. Powoli. Nie denerwuj się. Nie płacz. Nie jesteś NAD-zwyczajna. To, że udało się wyjąć z twej macicy dwójkę, zdrowych dzieci nie czyni cię BOHATERKĄ. Czyn cię matką. Cały grafik zapchany na dzieci i pracę. I pracę w domu – bo ja (nie wiem jak Wy) prac domowych nie traktuję jako relaks. O Nie! Prasowanie mnie nie odpręża, odkurzanie wkur…za, pranie stresuje. Nie ma ani jednej czynności domowej, która sprawiałaby mi przyjemność. No chyba, że kontakt z moją poduszką, śliną…. Ale to chyba nie czynność domowa?

 

W zabieganiu od kilku dni postanawiam, że z nowym rokiem to zmienię. Pojadę na basen. Sama – nie z dziećmi. Pojadę na angielski – mój. Nie Dziedzica. Książkę – no cóż – bądźmy realistami. To może w drugim półroczu nowego roku. Na razie zostanę przy książkach Dziedzica. Nie mój poziom zainteresowań – ale zawsze to książka.

 

Muszę odnaleźć siebie. Macierzyństwo całkowicie mnie pochłonęło. Wessało. Dobrze mi z tym – rzecz jasna. Ale. Ale chciałabym aby moje życie powróciło choć minimalnie do mnie.  Chciałabym raz, egoistycznie, zupełnie nie jak matka pomyśleć o sobie. Spokojnie zjeść. Spokojnie siąść. Zrobić cokolwiek bez pośpiechu. Pójść do ubikacji bez Spadkobierczyni – na przykład. Trochę intymności potrzebuję od zaraz.

 

Ja wiem, że to minie. Szybko. Szybciej niż mi się wydaje. Wiem, że będę za tym tęsknić. Tylko wtedy nie będę już aż taka zaganiana. Dzieci same pójdą na swoje zajęcia dodatkowe. Zamkną się w pokojach. Same odrobią lekcję. Same zrobią sobie kanapkę. Doleją soku. Wtedy będę pewnie tęsknić do dnia dzisiejszego. Gdy są zależne ode mnie. Spadkobierczyni bardzo, Dziedzic trochę mniej. Jednakże w pełni świadoma piszę, że potrzebuję więcej siebie w sobie. Więcej siebie dla siebie. Może to egoizm. Może instynkt przetrwania?

 

Potrzebuję odrobinę wolności. Trochę zapomnienia. Małej odskoczni. Spa umysłu. Czegokolwiek potrzebuję – by nie zwariować.

1 listopad inaczej…

1 listopada.

Dzień zmarłych.

Minął. Jak każdy inny dzień. Zwykły.

Wypełniony spacerem, pełną pieluchą Spadkobierczyni, nieudolnym pisaniem Dziedzica. Jednym hasłem w krzyżówce wpisanym w chwili posiedzenia w ubikacji. Gorącą kąpielą. Szybko, niespostrzeżenie. Zaczął się i skończył.

Padał deszcz. Nie pojechaliśmy na groby. Z dwójką dzieci to byłby challenge . Zostaliśmy w domu. Jak w zwykły dzień gdy nie idzie się do pracy.

Pierwszy raz od wielu lat ten dzień był inny niż zawsze. Moje serce nie krwawiło. Dusza nie wyła.  Nie bolały poszczególne atomy jestestwa.

Byłam kompletna. W mojej czasoprzestrzeni. Z moimi dziećmi. Ziemskimi.

Na tyle kompletna, że dopiero po paru dniach przyszła refleksja. Ale też inna niż zawsze. Mniej bolesna. Bez łzawienia. Bez drgania brody.

Było to w moim życiu. Wyryło bruzdy. Na zawsze. Wychodzi jednak na to, że czas goi rany.  Blizny są jakb mniej widoczne.

Nie wierzę, że piszę to osobiście. Zdrowa na ciele i umyśle (chyba).

Zdarzyło mi się nawet (kilka dni temu) nie pamiętać wynikiem, której ciąży był Dziedzic. Zdurniałam wręcz jednocześnie ciesząc się z tego faktu.

Wyparcie mam bardzo rozwinięte. Taki system obronny organizmu. Żeby przetrwać. Nie stoczyć się na dno emocjonalnego dna. Nie wiedziałam jednak, że aż tak bardzo.

Ja wiem, że nie zapomnę. Umrę z taką mentalną wadą kobiety po przejściach. Ciszę się jednak, że jakoś te we mnie okrzepło. Że przyjęłam to z dobrodziejstwem inwentarza. Bo przecież gdyby było inaczej, gdyby było po prostu, to nie byłoby Dziedzica. Nie byłoby Spadkobierczyni.

Tak miało być. To był mój scenariusz (napisany przez Niebiosa). Moja indywidualna Droga Do Macierzyństwa.

A, że trochę później niż wcześniej ? Teraz (gdy mam dwójkę zdrowych dzieci) nie ma to takiego znaczenia. Nie jak wtedy gdy moja pusta macica ciągle chciała być pusta.

Łatwiej? Łatwiej! Pewnie, że łatwiej pisać posta z powodu Dnia Zmarłych, gdy po domu biegają potomkowie. Dużo łatwiej.

Zapomniałam?

Codzienna rutyna trochę przykryła smutne emocje ale nie wyczyściła twardego dysku. To wszystko zostanie we mnie na zawsze. Ale cieszę się, że pisanie Dziedzica i zupka Spadkobierczyni trochę oddaliła mnie od szaroburej przeszłości. Mojej przeszłości.

Dziękuję.

PS:

Dla moich dzieci, które nie chciały ze mną zostać *****.

Jesienne zaganianie.

Wakacje się skończyły. Też mi odkrycie. Potrzebne jednak do wstępu.

Odkąd rozpoczął się wrzesień wpadłam w jakiś wir. Ruch jednostajnie przyśpieszony bez określonej mety. Szybciej i szybciej. I jeszcze szybciej. I jakby końca szybkości nie widać.

Najnormalniej w świecie nie nadążam. Choć chcę i staram się bardzo. Tak czy siak nie daję rady.

Wstaję pierwsza. Doprowadzam się do użytku. Szykuję wdzianko dla Spadkobierczyni i szaty Dziedzica. Szykuję drugie śniadanie Dziedzica. Budzę stado. Wychodzę z domu (rano) ostatnia. Taszcząc plecak Dziedzica (mój Boże ile on waży!) i swoje manatki. Spadkobierczyni na szczęście wyjeżdża w rękach swego ojca.

Zanim wyjdę to już jestem rozczochrana, poplamiona (np. gluty Spadkobierczyni na nogawce) i zagubiona – połowa rzeczy nie jest wzięta.

Po południu nie jest lepiej. Jestem sztabem głównym. Alfą i Omegą w naszym stadzie. Ku mojej rozpaczy oczywiście.

Dziedzic nie umie powiedzieć zdania, które zaczynałoby się od słowa TATO. Wszystkie sformułowania roszczeniowe zaczynają się słowem MAMO.

Mamo – możesz mi zrobić kanapkę

Mamo – możesz ze mną przeczytać czytankę.

Mamo – możesz mi zrobić kakao.

Mamo – mogę na laptopa.

Mamo- gdzie moje …..( i tu wszystkie jego rzeczy, które żyją własnym życiem a On nie wie jakim dokładnie ale przecież ja wiem!?)

Mamo – jak przejść ten etap (????a skąd ja mam wiedzieć)

Mamo – idziemy na dwór, rower itp.

Mamo – wychodzę z wanny.

Mamo -…………………..

Mamo- ………………………

Jedno wielkie MAMO!

A tacie z tym wygodnie.

Spadkobierczyni nie jest lepsza. Tylko, że ona raczej mówi YYYYYYYY. Rzadziej mama. Tak czy siak jej roszczenia są podobne. Plus oczywiście sama nie zje, sama się nie przewinie i sama się nie ubierze. Sama się sobą nie zajmie a przynajmniej bardzo rzadko. Za rzadko.

Pralka nie nadąża prać. Ja nie nadążam do niej wkładać prania a potem go wieszać i składać. Nie ma dnia by coś się nie prało lub składało. Żeby się choć samo składało. Nie! Tego jeszcze w Chinach nie wymyślili. Prasowanie sama sobie odpuściłam. Ma być tak poskładane i tak wysuszone by nie prasować.

Nieład. O! To ładne słowo określające nasze mieszkanie. Nic nie leży na miejscu mimo, że ja ciągle odkładam coś na miejsce. Są dni, że jest mi wszystko jedno, że na przykład miska na sałatki leży na środku salonu a w kuchni na stole są zabawki Spadkobierczyni porzucone w pośpiechu gdy mała głowa umyśliła sobie coś innego. Są dni, że mnie szlag trafia bo właśnie wykonałam tysięczny skłon po rzecz, która nie jest tu gdzie powinna. Z drugiej strony ile to ma zalet. Odpada chodzenie na siłownię. Generuję oszczędności. I dobrze bo w 24 – o godzinnej dobie i tak nie ma miejsca na moje przyjemności.

O wszystkim decyduję. Choć nie chcę. Tak się nauczyło moje stado. O wszystkim pamiętam. O wszystkim przypomnę. Zadbam o pełną lodówkę. Czyste ciuchy. O WSZYSTKO.  Nikt nie pytał czy chcę pełnić taką funkcję. Dostałam ją i już. W zupełnym gratisie dorzucono do dwóch cesarek a tym samym do dwóch uroczych (było nie było) dzieci. A że mi się pojemność na dysku dawno skończyła to już tego nikt do wiadomości nie przyjmuje. Choć nie ukrywam sygnalizuję to. Wyraźnie. Świeci mi się czerwona diodka. Serio.

Wieczór. Wydawać by się mogło czas odpoczynku. A nie. Odpoczynek rzecz względna. Bardzo. Otóż Dziedzic śpi w swoim pokoju. Spadkobierczyni w naszej sypialni w swoim łóżeczku. W sypialni mamy duże łóżko. Bardzo duże. Moje dzieci je uwielbiają. Gdy nadchodzi noc zaczyna się czas wędrówek. A to Dziedzic przyleci (z Puchatkiem) bo się boi. Nie wie czego ale się boi. Nie boi się przelecieć przez całe mieszkanie w środku nocy (w całkowitej ciemności) ale się boi spać we własnym pokoju sam. Jak nie on, to Spadkobierczyni. Wstaje, małe łapki łapią szczebelki i zaczyna się nawoływanie.

Y

YY

YYY

YYYY

Udawanie, że mnie nie ma nie działa. Udawanie trupa i nie oddychanie też nie – a grozi zostanie trupem naprawdę. Zatem gdy osiągamy nawoływanie

YYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY

Spadkobierczyni ląduje w naszym łóżku. Dobrze jeśli akurat tej nocy Dziedzic się nie bał i mimo ciemności nie opuścił swego lokum. Ale różnie to bywa. Czasem Spadkobierczyni jest u nas pierwsza. Dziedzic drugi. Nasze duże łóżko okazuje się za małe. Radzimy sobie. Ja idę z Dziedzicem do jego pokoju albo Dziedzic zostaje u nas a mój mąż idzie do Dziedzica. Takie tam nocne wędrówki Polaków.  Wszystko po to by rano wstać i zacząć to wszystko od nowa. Wypoczęta i wyspana oczywiście.  Z radością wyłączyć budzik o piątej piętnaście i zacząć nowy dzień.

Dzień w którym moje dzieci znowu zrobią coś  nowego. Dziedzic pozna nową literkę. Potem będzie krzyczeć, że jej nienawidzi bo nie będzie mógł przez ćwierć sekundy jej zapamiętać. Spadkobierczyni pozna smak nowej potrawy, która nie nadaje się dla nie ale którą uda jej się ukraść z talerza brata w chwili nieuwagi bo akurat będzie przechodzić do następnego etapu. Dzień, który się nie powtórzy. Dlatego z całych sił (mimo ich braku) staram się. By spróbować czuć co się czuje gdy właśnie poznało się literkę N i gardzi się nią jak wszystkim co nowe i niezrozumiałe.. Co się czuje gdy pierwszy raz jesz hamburgera z pikantnym keczupem. Uśmiecham się. Cieszę się. Kocham.

Zmęczona jestem.

Szczęśliwa jestem.

Może to jesień.

Przesilenie.

PS: Banał: dopiero gdy zostajesz matką i to matką dwójki dzieci, i to matką pracującą -  inaczej postrzegasz własną Matkę.  Kochasz ją każdym gestem bo słowa nie zawsze chcą wyjść z gardła. I czerpiesz z tego naukę (trywialną) – jeśli ona przetrwała to wszystko, to jest szansa, że ja przetrwam też :)

 

Szkoła

Dziedzic poszedł do szkoły. Pierwszego września uczestniczył w ślubowaniu i legalnie został sześcioletnim uczniem.

Szkoła jak szkoła. Dziedzic jak Dziedzic. Z dystansem do wszystkiego to i do szkoły.

Czasem przychodzi szczęśliwy, czasem nie. Czasem się z kimś zaprzyjaźnia, czasem kłóci. Nic się nie zmieniło. Tak jak w przedszkolu.

Prace domowe odrabia sam. Czasem chętnie, czasem kończy się trzecią wojną DOMOWĄ. Jest perfekcjonistą (hmm – niestety odziedziczył to po mnie). Albo robi coś na 100% albo szlag go trafia. Mi zajęło ponad trzydzieści lat zanim nauczyłam się jak robić (czyli nie robić) żeby mnie szlag nie trafiał. W jego małej głowie jest przeświadczenie, że wszyscy inni od razu rysują szlaczki i literki idealnie. Nie jestem w stanie mu tego wytłumaczyć. Sam musi do tego dojść.

Generalnie w szkole nie zginął. Nie jest zahukany. Nie ma strachu. Ciągle jest małym (acz wysokim) sześciolatkiem. Przystosuje się. Tak mi się wydaje. Po pierwszym miesiącu.

Zatem szkoła została oswojona. Gorzej jest ze świetlicą. Tam Bóg nie zagląda. Panie, które tam pracują wyglądają jakby były tam za karę (może są?). Na ich twarzach wymalowana jest niechęć. Brak empatii.

Może przesadzam. Ale tak odbieram. Może się do nich przyzwyczaję? Oswoję z myślą, że opiekują się Dziedzicem. Nieprofesjonalnie. Według mnie. Na tą chwilę.

 

Poczekam jeszcze miesiąc. Polubię je. Jest taka szansa. Po żłobku jak Dziedzic poszedł do przedszkola też przyzwyczajałam się kilka miesięcy.  Potem nawet to przedszkole polubiłam. Jest szansa, że zapałam uczuciem do pań ze świetlicy.

 

Na tą chwilę uważam, że podjęłam dobrą decyzję. Na tą chwilę. Uważam jednak, że najgorsze co może być, to możliwość decydowania przez rodzica.  Po podjęciu decyzji czekasz. Chcesz wiedzieć czy to był dobry pomysł. I drżysz. I obawiasz się. Bo jeśli decyzja okaże się błędem, to rodzic będzie maił ogromnie złe Samopoczucie. Ogromnie złe.

Póki co trzymam się kurczowo wersji, że to była Bardzo Dobra Decyzja. Bardzo Dobra!

 

Pozdrawiam wszystkich rodziców sześciolatków, które poszły do szkoły ;)

Priorix

Na pozór nic nieznacząca nazwa PRIORIX.

Kilka liter…

Szczepionka. Niby zwykła. Zabezpieczająca dziecko przed świnką, odrą, różyczką. Wiem, że wiele rodziców nie decyduje się na szczepienia. Ja jednak jestem z tych co wolą zaszczepić. Tylko PRIORIX jest właśnie tą szczepionką, która spędzała mi sen z powiek niemal od urodzenia Spadkobierczyni.

Dziedzic też ją dostał. Pamiętam ten dzień dokładnie. Zaniosłam swoje roczne dziecko (plus kilka tygodni) do przychodni. Glut wisiał mu do pępka. Byłam przekonana, że szczepienie się nie odbędzie. Ku mojemu zdziwieniu pani doktor (dupa nie doktor) powiedziała, że (cytuję – bo te słowa brzmią w mej głowie do dzisiaj): „gdybyśmy nie szczepili dzieci z katarem, to żadnego byśmy nie zaszczepili”. I ja matka (dupa nie matka) pozwoliłam wtedy Dziedzica zaszczepić. Nie poddałam weryfikacji słów doktor – nie doktor. Bezwiednie, bez zastanowienia zaufałam.

To był błąd. DUŻY. Przeszliśmy wszystkie możliwe powikłania. Szpital. Spanie na podłodze pod łóżkiem Dziedzica. Pod łóżkiem tym modliłam się żarliwie by moje dziecko to przeżyło. Potem jak już widziałam, że przeżyje modliłam się by zostało tym samym Dziedzicem co przed szczepieniem. Potem gdy Dziedzic z tego wyszedł bez szwanku umówiłam się na wodę ognistą z moją przyjaciółką. Piłam ową wodę i płakałam. Nad własną głupotą i szczęściem jednocześnie.

Wtedy postanowiłam, że jeśli Niebiosa pozwolą urodzić mi kolejne dziecko, to nie zaszczepię tego (wtedy hipotetycznego) dziecka tą szczepionką.

Cztery lata później (od tego zdarzenia) urodziła się Spadkobierczyni. Media donosiły o powrocie takich chorób jak odra. Blisko. Za zachodnią granicą Polski.

Gdy Spadkobierczyni skończyła rok przychodnia przypomniała sobie o Spadkobierczyni. Odmówiłam. Nie w zimie. NIE! Skończyła osiemnaście miesięcy. Zrobiłam jej wszystkie możliwe badania, które wykluczały jakąkolwiek infekcję lub stan zapalny niewidoczny gołym okiem. Wszystko było ok.

Zaszczepiłam. 31 sierpnia. Tego roku.

Dziś jest siódma doba. Trwa. Spadkobierczyni zachowuje się jakby jej wszczepili ekstra proteiny. Radosna. Charakterna. Od dwóch dni mówi NIE. Na wszystko. NIE.

Nocami detektor oddechu milczy. Ja czuwam. Drżę. Boję się myśleć, że już będzie dobrze. Ale bardzo chcę by było dobrze.

Przed nami, przede mną kolejnych siedem dób. Oby były równie spokojne. OBY!

Nadopiekuńcza Matka

Zanim urodziłam Dziedzica, zanim w ogóle miałam czelność pomyśleć o istnieniu Spadkobierczyni, postanowiłam, że jeśli kiedykolwiek zostanę Matką to priorytetem będzie całkowite odcięcie pępowiny. Fizycznie i mentalnie. Wiedziałam, że jeśli tak długo czekam na dziecko, to będę obciążona. Że będę chuchać bardziej niż inne Matki. Że strach o moje dzieci będzie większy. Choć nie da się tego zmienić. Matka to Matka. Matka po przejściach to Matka specyficzna. Skażona emocjonalnie. Skażona całkowicie.

Wydawało mi się, że dałam radę. Że pozwalam moim dzieciom żyć. Jak oddzielnym bytom. Dać jak najwięcej. Nauczyć. Pokazać. Zawieść do muzeum, do kina.  Pokazać ciekawe książki. Dać dotknąć dżdżownicy na chodniku. Zjeść kawałek bułki, który upadł na ziemię. Przyciąć palce drzwiami. Stłuc kolano. Rozbić wargę. Oparzyć się garnkiem. Odkryć, że piekarnik jest gorący. Lód zimny – aż po odrętwienie skroni. Dać wybór w ubiorze. W repertuarze. Pozwolić podejmować decyzję. Wydawało mi się, że sprostałam.

Aż do spotkania z moją Przyjaciółką. Przyjaciółką prawdziwą, która niemalże ze mną roniła za każdym razem. Była. Czasem nic nie mówiła. Czasem opierdzieliła. Dopingowała. Powstań. Idź dalej. Twoje dzieci czekają w zaświatach. Pozwól im do siebie przyjść.

Otóż Przyjaciółka stwierdziła, że jestem NADOPIEKUŃCZA. Mój Boże! Poczułam się spoliczkowana. Że ograniczam Dziedzica. Że skanuję teren zanim On na niego wejdzie. Eliminuję złe towarzystwo. Że skrzydła mam rozpostarte jak Wielka NADOPIEKUŃCZA Orlica. Że nie do końca pozwalam mu żyć własnym życiem.

Zabolało. Oj! Boli do dziś. Żyłam w przeświadczeniu, że mi się udało. Gówno prawda!

Przyjaciółka powiedziała, że rozumie podłoże mojego zachowania. Nie ocenia. Radzi pracować nad sobą. By pozwolić żyć w pełni. Moim dzieciom.

Ja czuję się jak by mi ktoś wiadro zimnej wody na łepetynę wylał. Muszę przeorganizować moje postępowanie. Nabrać dystansu, który wydawało mi się, że mam.  Skąd wziąć nożyczki i prawdziwie odciąć pępowinę, której rzekomo ciągle nie odcięłam?

Posypuję głowę popiołem.  Może za bardzo chucham. Za bardzo dmucham. Wyprzedzam każdy krok moich dzieci. To silniejsze ode mnie. Nawet jak to piszę mam odrętwienie kończyn górnych. Niemoc jakąś. To moje dzieci. Wyczekane. Chwila, w której Dziedzic wjechał na moją pierś zmieniła wszystko. Mój mózg. Serce. Duszę. Już nigdy nie będę siną, którą byłam. Od tamtej pory każda sekunda związana jest z moimi dziećmi. Ich dobrem.

Postaram się nad tym pracować. Pewnie czeka mnie ciężka praca. Muszę to zmienić. To oddzielne „byty”. Dziedzic we wrześniu idzie do szkoły. Nie przeżyję życia za nich. Nie mogę być nadopiekuńcza, bo to straszna wada. Będę nad sobą pracować. Muszę. Dla ich dobra. Czeka mnie ciężka praca. Ale od dziś idę na odwyk. Odwyk od NADOPIEKUŃCZOŚCI. Odwyk zawsze jest trudny ale bywa owocny.

Niebiosa dodajcie mi sił! Dla dobra moich dzieci i mojego. Jak nie być nadopiekuńczą Matką, gdy tyle w życiu się przeszło? Jak to uczynić? Zwłaszcza, że żyłam w przeświadczeniu, że jestem Super Matką Stulecia…

Był sobie urlop…

Wyczekany. Wymarzony. Wytęskniony.

Po całym roku harówy i orki wreszcie nadszedł. Jaka byłam szczęśliwa.

Jako matka, która do reszty postradała zmysły i instynkt samozachowawczy, postanowiłam nie oddawać dzieci do żłobka i przedszkola na tzw. dyżury wakacyjne. Postanowiłam ten czas spędzić z nimi. Tylko z nimi. Celebrować każdą upływającą chwilę. Każde okamgnienie.

Było cudownie. Patrzeć jak dzieci rosną w oczach. Jaki Dziedzic jest mądry. Jak oczy Spadkobierczyni coraz bardziej otwierają się na świat. Każda chwila nasza. Każda.

I piękny to czas. Dziedzic stracił trzy zęby mleczne. Spadkobierczyni opanowała body-language do perfekcji. Ich oczy choć niebieskie – są niebieskie inaczej. Ich spocone czupryny pachną inaczej.  Są takie moje. Takie – no wiecie.

Sam na sam. Większość doby. Wieczorem błagałam Niebiosa by moje dzieci w końcu zasnęły bo ja kobieta z krwi i kości marzyłam o pozycji leżącej. Niestety (albo i nie) moje dzieci czerpią energię z Kosmosu. Żywią się nią. Przyswajają z powietrza. Energię lepszą od każdej kofeiny na świecie. Zatem gdy w końcu padała Spadkobierczyni, to padałam i ja. Na tapczaniku Dziedzica. Po przeczytaniu kilku stron „Chatki Puchatka”. I żadna siła, żaden Armagedon nie był mnie w stanie z tego tapczanika wypłoszyć do rana. Nawet gdyby, to „glonojad” z mojej śliny bardzo mocno przytwierdzał mnie do Bąbla (pluszowy pies) więc szansa zmiany legowiska i tak byłaby zerowa.

Potem było jezioro. Cudnie. Miło. Fantastycznie. Dzieci od rana na dworze co dla nas mieszkających w bloku jest jak cud!

Pobyt nad jeziorem ma jednak jedną zasadniczą wadę. Co chwilę wpada ktoś na grilla. Bawmy się, śpiewajmy. Kłóćmy. Rozmawiajmy. I o to chodzi w istocie. Tylko jak dać radę? Jak uszczknąć gram energii kosmicznej moim dzieciom? Jak dać radę?

Dałam radę. Jakem Matka Polka.

I oto mój urlop się skończył. I nadszedł w końcu dzień, w którym wróciłam do pracy. Moje dzieci zostały nad jeziorem. Z ich ojcem. Moim mężem. Boże – paradoksalnie – gdy już nie mam urlopu mogę odpocząć. Pierwszy raz od … ? Nie pamiętam. Nie pamiętam!

Po pracy pojechałam na shopping.  Spokojnie przymierzałam buty z wyprzedaży. Niepoliczalną ilość. Nikt nie krzyczał, że już trzeba iść. Nikt nie narobił w pieluchę. Nikt nie mówił, że się nudzi. Para po parze. But po bucie. Potem kupiłam kwiaty. Potem wino. Nieśpiesznie. Wreszcie bez języka (przepraszam) w dupie. Tak po prostu. Zapomniałam, że tak można. Boże!!! Jakie to przyjemne. NIC NIE MUSIEĆ! Naprawdę. Nic. Tylko to co ja chcę. Albo nie. Upoiłam się samą sytuacją ;)

Stan błogości potrwa do niedzieli. Chyba, że mój prywatny mąż zwariuje. Z rozmów telefonicznych wynika, że jest bliski obłędu.  No cóż. Niech teoretyk zazna praktyki ;)

Statystyki

  • Wszystkich wizyt: 6481
  • Dzisiaj wizyt: 2
  • Wszystkich komentarzy: 98